Łódzkie Czyta

Korespondencja źródłem wiedzy i inspiracji - Załącznik - Fragmenty listów

Załącznik. Listy zamieszczone na stronie lodzieczyta.pl, które mogą być m. in. inspiracją do napisania listu przez uczestników konkursu (układ wg grup wiekowych i tytułów)

Grupa wiekowa: powyżej 18 lat

...mój diabeł stróż : listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Janowskiej

...mój diabeł stróż : listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Janowskiej. - Warszawa : Wydawnictwo W.A.B., 2011. - S. 44-45

Kochany, rudy Marku,

             Postanowiłem do Ciebie napisać, ponieważ bardzo lubię siebie i wszystko, co mi siebie przypomina. A my jesteśmy właśnie bardzo do siebie podobni. Obaj jesteśmy brzydcy (chociaż bardzo mili), obaj łysiejemy; i obaj bez pamięci kochamy Halinkę. Różnicę widzę jedną: Ty kochasz kobiety, a ja je znam. Przyda nam się wymiana doświadczeń.

             Posłuchaj! Opowiem Ci historię Małej Kasi. Kasia miała przystojnego męża. Odwiedzałem ich dość często, jednak mąż ów – Długi Miecio – miał wrzody na żołądku, co czyniło go przewrażliwionym i groteskowo zazdrosnym. Pewnego razu, gdy po sałatce z majonezem poczuł się gorzej niż zwykle, urządził biednej Kasi dziką scenę, i to na mój temat. Rezultat był piorunujący; Kasia, której nigdy poprzednio nie śniło się nawet, że ktoś może być o mnie zazdrosny, zwróciła na mnie uwagę i w pół godziny zakochała się we mnie do szaleństwa. I ja, i Miecio byliśmy tym po prostu przerażeni.

            Nie to jednak było najgorsze. Nie wiem, co ojciec Kasi powiedział o mnie swej sędziwej małżonce, ale faktem jest, że mama Kasi w kilka dni później zaczęła okazywać niedwuznaczne objawy patologicznego, zachłannego uczucia. W trzy tygodnie doszło do tego, że na powitanie pocałowała mnie w usta i poczęstowała podwójną porcją łososia w potrawce. Tego już było za wiele. Wyjechałem z Polski i od tego czasu mieszkam
za granicą.

            No i sam powiedz, jakie są kobiety. Zabroń Halince czegoś – a dodasz Twemu rywalowi największą potęgę: siłę mitu. Uprzedzam Cię, że jeśli powiesz Halince „nie”, będzie to tak, jakbyś mi ją oddał. Stanę się nagle kimś dalekim, wzbronionym, niedostępnym, i dojdzie do tego, że będzie zamykała oczy i myślała o mnie w momencie, kiedy Ci się oddaje. Powiedz jej „tak”, a odbierzesz mi nagle wszelki urok.

            W nadziei, że docenisz szczerość mych intencji, ściskam Cię i życzę Wam, czego zechcesz. Trzymaj się ciepło.

Andrzej.

BEX@ : korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim

BEX@ : korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim / Liliana Śnieg-Czaplewska. – Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 2005. – S. 220-221

From: Liliana Śnieg-Czaplewska
To: Zdzisław Beksiński

Sent: Monday, February 21, 2005 12:12 AM

[…] Wyszłam z psem na długi spacer po 21.00. Gdy wracałam już do domu przez plac Trzech Krzyży, z białego luksusowego busa wysiadła grupa eleganckich osób, a pies idący przed  prześliczną Patricią Kaas zaczął się zadawać w marszu z moim. Duduś zawarł znajomość na wysokim szczeblu! Widział Pan może ostatni film Leloucha „Piano bar” z jej udziałem i Jeremy Ironsa? Strasznie mi się podobał, a jej śpiew jeszcze bardziej (gra tam piosenkarkę). Ubrana na biało, z rozwianym włosem, a tu mróz minus trzy. No tak, dała w Warszawie raptem jeden koncert i tyle się „naspacerowała” po mieście, co z Kongresowej do agencji artystycznej  przy pl. Trzech Krzyży i pewnie do hotelu. To spotkanie zmusiło mnie do powzięcia postanowienia, żeby znów się zacząć odchudzać. O Boże, jak ja Panu bredzę.

 

From: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
To: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Date: 02/21/2005

[…] Co do nazwisk, to nie mam bladego pojęcia, kto to jest Patricia Kaas, ale domyślam się, że jakaś znana aktorka. Nazwisko Jeremy Irons brzmi znajomo, ale nic poza tym. Nawet twarzy nie widzę. W życiu nie oglądałem żadnego filmu Leloucha, bo węch wskazywał mi, że nie będzie mi się to podobało. Nie wykluczam, że wiele straciłem. Rozumiem, oczywiście, że pani Kaas jest osobą anorektyczną i tak się Pani spodobała (pisze Pani o niej „prześliczna”), iż postanowiła się Pani odchudzić. Trochę sobie nie wyobrażam, że obejrzawszy Jeremy’ego Ironsa (zakładam, że nie jest wojownikiem sumo), powziąłbym postanowienie odchudzania się, ale w końcu jestem nietypowy i nie żyję na tym świecie, a tylko to udaję sam przed sobą i przed panem Bogiem, żeby staruszkowi nie sprawiać przykrości. Pięknie pozdrawiam
Beksiński

Było wczoraj, jest jutro : listy tych, którzy kiedyś byli młodzi, do tych, którzy kiedyś będą starzy

Było wczoraj, jest jutro : listy tych, którzy kiedyś byli młodzi, do tych, którzy kiedyś będą starzy / przełożyła [z francuskiego] Elżbieta Wilamowska. -  Warszawa : Instytut Wydawniczy Pax, 2009. - S. 82

Kawałki mojego życia
Yvette, 74 lata

List do siostry.

Jak tylko poważnie zachorowałam i znalazłam się w ośrodku rehabilitacyjnym, skorzystałaś z tego, by opróżnić mój dom w Nantes ze wszystkich mebli. To były pamiątki, zbierane w ciągu całego naszego wspólnego życia z mężem, a przez ciebie poszły na zatracenie.

Stracić wszystkie pamiątki, to stracić część swojego życia. Tak to przeżyłam, że nie mogę dojść do siebie. Myślę o tym codziennie, chciałabym wrócić do Nantes, już sama nie wiem, gdzie jestem, co powinnam robić albo raczej co mogę jeszcze zrobić, przykuta do wózka inwalidzkiego. Komu zaufać? Najbardziej boli mnie nie to, że jestem inwalidką, lecz że nie jestem panią swojego życia. Tak bardzo potrzebuję kogoś, kto by mi pomógł pozbierać rozsypane kawałki mego życia.

Gorzki to chleb polskość : wybór myśli politycznych i społecznych

Gorzki to chleb polskość : wybór myśli politycznych i społecznych / Cyprian Kamil Norwid. -  Kraków : Wydawnictwo Literackie, 1984. - S. 33

Z LISTU DO AUGUSTA CIESZKOWSKIEGO
1864

            ... W ojczyźnie, niestety, nie spodziewam się nic ustalonego, nic logicznego oprócz w y d a r z e ń, p r z y p a d k ó w, t r a f ó w... nieszczęść. Przyczyna jedna, główna, naczelna - ta jest sama właśnie, o której się nie myślało, nie myśliło i nie myśli.

Po prostu mówiąc – zaiste, że własnymi oczyma obejrzawszy wszystkie ucywilizowane społeczeństwa na całym globie, nigdzie a nigdzie nie widziałem, aby inteligencja miała tak mało społecznej wagi i powagi, jak to jest w jednej tylko Polsce.

Mówmy rzeczy, jak są: wszystko, co myślą pracuje albo idealnie jest twórcze, to są zawsze klientny, rezydentny, guwernery... nieustalone położenia bez żadnego przeto polotu i hartu inicjatywy. Dlatego to nigdzie potulniejszej nie ma inteligencji i mniej twórczością pomysłową albo odwagą cywilną nacechowanej. Całe to, co jest mózgiem,
w ogóle formy człowieka polskiego nie umieszczone jest w tej wyżynie budowy, gdzie mózg ma miejsce swoje - ale może zupełnie w części pośledniej. Od czasu do czasu Bóg miłosierny czyni, że ten lub ów genialny człowiek jest zarazem włości posiadaczem,
ależ to traf, których całe dzieje świata liczą zaledwo tyle, co palców u ręki.

Że przeto nic logicznego być nie może, a próżni historia nie cierpi, zapełnia się przeto ciąg rzeczy p r z y p a d k a m i,  i  w y d a r z e n i a m i  i  t r a f a m i.

Intymny portret uczonych : korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich

Intymny portret uczonych : korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich. – Warszawa : Sic!, 2002. - S. 137

9 VIII 1922

Marychno moja!

Nie dziw się moim listom. Wiem, że są bez sensu. Ale ja Cię dopiero w Rouen naprawdę kochać zacząłem. Sam siebie poznać nie mogę. Chwilami jestem jak wariat.
Po otrzymaniu Twego listu miałem chęć natychmiast tego wieczora jeszcze jechać do Paryża. Kto Ci powiedział, że nie byłem z Tobą szczery?! Ja z Tobą nie byłem szczery? Marychna! Jestem z Tobą inny niż bez Ciebie – prawda. Jestem inny; bo mi się wtedy wszystko łatwiejsze i jaśniejsze wydaje, bo zapominam o tym, co mnie niepokoi, gdy jestem sam. A że są rzeczy, które mnie dręczą, to przecież ja temu nie winien. Mówiłem Ci, że nie chcę być przy Tobie jak bohaterowie Byrona, że chcę być prosty i wyraźny. Taki zresztą zawsze dawniej byłem.

Przykro mi, że przed sobotą nie otrzymam od Ciebie żadnego listu, że muszę zostać z tym, co otrzymałem przed chwilą.

Kocham Cię. Nie umiem mówić o wszystkim i zły jestem na siebie, że się urodziłem taki niedołężny. Po co każesz mi mówić? Po co pytasz się, o czym myślę? Po co gniewasz
się, gdy milczę?

Czy rozumiesz, że jeśli pragnę w Tobie coś zmienić to dlatego, że nie chcę dzielić siebie pomiędzy Ciebie i świat, że chciałbym Ciebie mieć wszędzie. Bo Cię kocham, a mam tylko jedną duszę.

Marychno moja!

Stanisław

Jak trwoga, to do bloga

Jak trwoga, to do bloga / Magda Umer, Andrzej Poniedzielski. – Warszawa : Wydawnictwo Trio, 2008. – S. 77-80

Czwartek, 1 marca 2007
Imagine,
znów nie pisałem długo. Zajęty byłem. Tym razem reklamą. Tak, wziąłem czynny udział w reklamie telewizyjnej. Czynny, bo i autorski, i aktorski (z przeproszeniem wszystkich rzeczywistych autorów). Słowniki otóż reklamowałem. Dwanaście słowników wydanych przez PWN. Myślę, że reklama ta już przez samo to, że dotyczyła słowników, była zauważalna. Może też udało się nienachlaną ją uczynić. A może i w śladowe poczucie humoru wyposażyć. […] Ja mam po tym flircie wrażenie, że brałem udział w działaniu ratunkowym. Nie używam celowo słowo „misja”. Bo i pieniądze za to dostałem i moja skłonność do podnoszenia larum jest nie za duża. Dziś, kiedy każda gazeta i każda telewizja jest jednym wielkim LARUM, każdy dodatkowy dzwon na trwogę wzmaga tylko ogólny hałas. Może im ciszej – tym lepiej. Tym bardziej, że rzecz języka dotyczy. Polskiego języka. Czyli tego, który jest w odwrocie. Albo w stanie wyczekiwania. Nie ma ten język łatwo. Bo sypią się nań zwały śmieci pochodzenia organicznego ze strony młodzieży rozdokazywanej  w tworzeniu swojego języka, śmieci pochodzenia syntetycznego od tej grupy Miłościwie Wybranych, którzy „mówią, co wiedzą” – czyli prawie nic, i wreszcie naniesione przez wiatr historii, bo z naszego na świat otwarcia pochodzące. Spod tej góry śmieci trudno mu się podnieść. Ale nie lamentuję. Z moich kilkudziesięcioletnich obserwacji wynika, ze język ma zdolność samooczyszczenia się. Najłatwiej przychodzi mi  wybaczenie młodzieży. Ten słowotwórczy młodzieńczy zapał to ich sposób na nowe ciągle życie. Zapiekłą niechęcią pałam do dorosłych, odpowiedzialnych za resztę śmieci. […] Bo ci, którzy mówią o czymś i po polsku, są tradycyjną już mniejszością. Dziś sięganie do słownika wydaje się być czynnością niemal intymną. […]
Andryou

 

Piątek, 2 marca 2007
Przedwiosenny językoznawco!
Obejrzałam z radością tę świetną reklamę. [...]
Andryou, jak ja UWIELBIAM SŁOWNIKI! Jestem nimi otoczona, mam je zawsze na podorędziu, nie wyobrażam sobie bez nich życia. Czczę pana Władysława Kopalińskiego! I ilekroć szukam jakiegoś hasła, nie mogę powstrzymać się od przeczytania kilku przed i kilku po nim. […] A może Ci się narażę, że wolę, gdy ktoś mówi ciekawie, interesująco, barwnie, od czasu do czasu popełniając błąd językowy, niż nudnego „wykładowcę”, zachłystującego się własną logoreją, który nie ma nic ciekawego do powiedzenia. A gada jak najęty. I co z tego, że poprawnie? NIC. A słowotwórstwo młodych uwielbiam! Język musi żyć, a nie kamienieć. Ale i mądrzeć, a nie głupieć. […] Całuję Cię przedwiosennie.
Imagine.

King i Królik : korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów

King i Królik : korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów. T. 2, 1939-1968. - Warszawa : Wydawnictwo Książkowe „Twój Styl”, 2004. – S. 249-251

Styczeń 1945, Kraków
Melku, Tili

Należy się Wam, abym Wam opowiedziała o Krysi, a przede wszystkim należy się to ode mnie Krystynie. Gdy wyjeżdżaliście, była to jeszcze  dziewczynka. Teraz jest to człowiek. Przede wszystkim cechuje ją prawość. I obrzydzenie do kłamstwa i słabości charakteru. I protest przeciwko kompromisom. […]

Do Szturmówki poszła z pełną decyzją, samowiedzą i wolą. Nie miała bojowego przygotowania, nie miała poczucia niebezpieczeństwa. Była radosna. Poleciała jak ptak. Rozumiecie: wolność, Ojczyzna (i wyzwolenie z małego życia codziennego dnia). Ale naturalnie nie powiedziała żadnego z tych słów. […]

Poszła tak sobie w granatowej układanej spódniczce, w trepkach (bez ukochanych długich butów) i białej bluzeczce. Łączniczka Rafała. Poszli we czworo. Krystyna była radosna. Niewola ją dławiła. A teraz powstanie musi się udać – wierzyła. Nie miała poczucia niebezpieczeństwa: ona jest Krystyna i nic jej nie grozi (nie wiem, jak było w dni powstania, ale mówiła mi nieraz: „Pamiętaj, nic mi się nie stanie”). 1 sierpnia odjeżdżała do swych obowiązków na tym samym rowerze, kiedyś wymarzonym, tym z wycieczki po Belgii i Francji, Tilusiu! Rozwiana deszczowa peleryna i rozwiane włosy: „Do widzenia, mateńko!” Miałyśmy się tegoż dnia spotkać. Już jej nie widziałam.

Mówią, że szli dwójkami. Krystyna na przedzie, z torbą sanitariuszki, w służbie łączniczki. Pogodna, radosna. Jak ptak. Śpiewali piosenkę. Padł pocisk. Rana była wielka, w piersi, tuż pod gardłem.

Jak żyć i jak umierać, by uśmiechnęła się swym promiennym uśmiechem Krystyna?

Listy z Ameryki

Listy z Ameryki / Krzysztof Pieczyński. – Toruń : Wydawnictwo „C& T”, 1999. - S. 219, 259

[Los Angeles]
26.01.97
Szanowny Ojcze Janie Pawle!

Bardzo dziękuję za list. Właściwie już na niego nie czekałem, myślałem, że albo nie doszedł, albo gorączkowość, w której przedstawiłem siebie, była dla Ojca obraźliwa. Tym bardziej się cieszę. […] Odjechałem od życia w sławie, od otoczenia, które dawało mi status kogoś jedynego i uwielbianego. Przyjechałem do miejsca, które zapewniło mi anonimowość i walkę pomiędzy milionami, dosłownie milionami artystów z całego świata. Tak więc ta sprawa rozdrabiania się jest tutaj trudna do zrozumienia. Wkładam wielki wysiłek w to, aby dostać pracę. Od dziesięciu lat żyję z Stanach ze swojego zawodu. Myślę sobie, że widocznie taką muszę płacić cenę, abym mógł kiedyś dojść  do tych  dużych ról, w których będę mógł wyrazić to, co pragnę. Nie wiem, czy tak się stanie. Tej gwarancji nikt mi nie daje. Problem rzeczywisty i bolesny dla mnie polega na zrozumieniu, czy Bóg sobie życzy, abym przeszedł przez tę próbę, gdyż to wzbogaci moją duszę, i będę mógł powiedzieć coś głębokiego o naturze człowieka, dlatego droga jest tak długa i ciernista, czy też Pan Bóg wykazuje, że to nie jest dla mnie. Ten aspekt nie daje mi spokoju. […]

  

[Los Angeles]
01.07. 97
Kochani!

[…] Ten sam dzień. Jestem już w Universal Studio. Przejeżdża wycieczka w otwartych wagonach ciągniętych przez elektryczny wózek. Przez głośnik rozlega się: „A tu aktorzy robią makijaż. O, właśnie jeden z nich wychodzi”. Śmiać mi się chciało, bo to jedna z tych rzeczy, które są całkowicie idiotyczne. Dzisiaj ja stałem się atrakcją turystyczną. Kto, wie, może nawet pośród turystów jakaś młoda osoba pomyślała, że chciałaby być na moim miejscu tj. być pracującym aktorem w Hollywood. […]

Cóż mogę poradzić na to, że ten film nie jest głębokim, artystycznym filmem. Jestem aktorem, mogę tylko najlepiej zrobić tę część, która przynależy do mnie. Jestem z powrotem z planu. Jakiś gość z wiertarką w ręku przechodzi obok i mówi: „Czy to nie wspaniałe? Człowiek przyjeżdża do L.A. i pracuje w filmie”. Nie wiem, czy była to złośliwość, czy szczere stwierdzenie. Codziennie się uczę.

Codziennie od dziesięciu lat jestem w sytuacji  i widzę rzeczy nieoczywiste. Dzisiaj dużo jeżdżę samochodem na planie. Do mnie należy rola, która posuwa akcję. Na chodniku, leży statysta, brudzą go i charakteryzują na bezdomnego. I asystent reżysera mówi do niego: „Widzisz, chciałeś być w show biznesie”. Kilka miesięcy temu miałem taką rólkę jak on. Leżałem na betonie, z ust leciała mi krew i miałem powiedzieć: „Frekwencję trzeba mieć z 68 na 67”. Patrzyłem w niebo leżąc na ziemi i zobaczyłem coś lecącego. Pomyślałem: „Czy oni stąd mogą widzieć moje upokorzenie, którego wszakże nie chcę czuć, bo chcę czuć się w porządku”. Jestem aktorem, prawda. Czy to widać z góry? A może to UFO i może wybierają tych upokorzonych – pomyślałem – i u nich będę grał główną role. […]

Między wierszami

Między wierszami  / Małgorzata Domagalik,  Janusz L. Wiśniewski. – Warszawa : Wydawnictwo W.A.B., 2008. - S. 38-39

        Warszawa, sobota wieczorem

Januszu,

każdy e-mail od Ciebie utwierdza mnie w przeświadczeniu, że mężczyzna to jednak ktoś inny niż kobieta, i że chociaż, jak mi się zdaje, tak dobrze się rozumiemy, to tyle nas różni. Być może tylko w tak zwanych odcieniach albo, jak wolisz, niuansach. Kiedy cytowałam Gibrana, w ogóle nie przyszło mi do głowy to, o czym piszesz, czyli pracoholizm. Myślałam o tym szczęściu w życiu, kiedy bez względu na to, co robisz, robisz to z pasją.
Z pasją wychowujesz dzieci, piszesz doktorat, podajesz ludziom kawę albo czytasz książki. Tylko to chroni Cię przed bylejakością, tylko nadanie własnemu życiu sensu sprawia, że stajesz się jego panem. Bo jak pięknie napisał w Miłości w czasach zarazy Marquez, to nie śmierć wyznacza granice, ale tak a nie inaczej przeżyte życie jest bez granic. Piszesz, że tak ważny jest indywidualizm, czy, jak to nazwałeś, głód indywidualny. Owszem, ale co powiesz? Wczoraj byłam na premierze Kobiet w sytuacji krytycznej Joanny Murray – Smith. Znowu w teatrze u Jandy. Na scenie, delikatnie mówiąc, tragiczne biografie: przyszłej panny młodej, wyczerpanej ciągłym macierzyństwem matki, wdowy (rewelacyjna Dorota Pomykała), zdradzonej przez męża miłośniczki kaktusów i artystki, która właśnie odbiła się od alkoholowego dna. Śmiesznie, smutno, beznadziejnie i gdzieś tam światełko w tunelu. Siedzę sobie w piątym rzędzie i zaczynam się rozglądać wokół siebie. Przede mną siedzi była żona wybitnego aktora, po mojej prawej znajoma, która od dwóch lat jest z mężem pani, która nie chce mu dać rozwodu i siedzi w rzędzie za nią. Obok mojej znajomej siedzi bardzo fajna pani, która jest od zawsze wolna. Obok niej też podobno fajna osoba w średnim wieku, właśnie rozwiedziona. Patrzę w lewo i kątem oka widzę bardzo ładną panią, podobno od pewnego czasu porzuconą, a obok niej siedzi jej koleżanka, która od dawna już nie może sobie ułożyć życia. Aha, a pomiędzy nimi siedzę ja, trzykrotna mężatka. Jak było z innymi rzędami, nie wiem, ale coś mi mówi, że mogło być podobnie. Tym samym uczuciowy głód indywidualny wpasowuje się w statystyczną powtarzalność. Co może nas uratować przed taką masowością? Pasja. Nawet jeśli ma dotyczyć tylko pieczenia chleba. I jeszcze to piękne zdanie: "Nawet gdy śpiewasz jak anioł, a pieśni swej nie pokochałeś, zagłuszysz głos dnia i szept nocy". Po raz kolejny cytuję Gibrana, a przecież z generacją dzieci kwiatów rocznikowo nie jest mi po drodze.

Pozdrawiam i nie bądź taki smutny...
m.

Na granicy życia i śmierci: listy więzienne Krystyny Wituskiej

Na granicy życia i śmierci: listy więzienne Krystyny Wituskiej. – Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 1968. - S. 109 – 110

 

Berlin, Alt – Moabit, 18 września 1943

Ukochani Rodzice!

Ten list dostaniecie po mojej śmierci. Przyśle go Wam osoba, której winne jesteśmy niezmierną wdzięczność. Była nam tutaj przyjaciółką i opiekunką. Narażając siebie, starała się ulżyć, jak mogła, naszej ciężkiej doli, dzieliła się z nami wszystkim, co miała, zupełnie bezinteresownie. Nazywałyśmy ją naszym "słonecznym promykiem", bo razem z nią do naszej celi wchodziła radość i uśmiech. Z jej córką zaprzyjaźniłyśmy się ogromnie. Ty ją, Tatusiu, raz widziałeś, pamiętasz?

Tak żałuję, że nie będę już w stanie wywdzięczyć się jej za wszystko, co dla nas zrobiła, za jej dobre, naprawdę złote serce. Mnie specjalnie lubiła i ja ją pokochałam, tak jak tylko można pokochać kogoś, kto podaje nam rękę w nieszczęściu i nie uważa tego, co robi, za wspaniałomyślność, ale za rzecz najnaturalniejszą. Nie zapomnijcie o niej, proszę!

Ukochani Rodzice, pisząc ten list nie wiem jeszcze nic naturalnie o wyniku mojego podania o ułaskawienie, ale wierzcie mi, że na śmierć jestem zupełnie przygotowana i nie robię sobie żadnych niepotrzebnych nadziei. Te kilkanaście miesięcy rozstania pogłębiły bardzo moje do Was uczucie, więc żal mi będzie odchodzić i zostawiać Was w takim smutku. Jednak wierzcie, że potrafię iść na śmierć z podniesioną głową, bez strachu. To mój ostatni obowiązek względem Was i Kraju. Więzienie było mi dobrą, czasem ciężką szkołą życia, ale były w nim także radosne, słoneczne dni. Nigdy niezapomnianym, cudownym wspomnieniem będzie dla mnie aż do końca przyjaźń z Mimi. Ona nauczyła mnie nigdy nie tracić humoru, śmiać się na złość „im” i umierać dzielnie. Giniemy w przeddzień zwycięstwa ze świadomością, że nie walczyliśmy na próżno przeciw niesprawiedliwości i przemocy.

Nie rozpaczajcie, kochani Rodzice, bądź dzielna, Mamusieńko. Pomyśl, że zawsze na Ciebie patrzę i że boli mnie każda Twoja łza. Uśmiecham się do Ciebie wtedy, gdy Ty się uśmiechasz.

Niech Bóg Was wynagrodzi za miłość i opiekę, jaką mnie otaczaliście! Żegnam Was, kochani Rodzice, i Ciebie,. Halinko.

Wasza Tina.

O miłości : listy pisarzy polskich od Adama Mickiewicza do Marka Hłaski

O miłości : listy pisarzy polskich od Adama Mickiewicza do Marka Hłaski. - Warszawa: Prószyński i S-ka, 1997. - S. 155 [Stanisław Przybyszewski do Jadwigi Kasprowiczowej]

     [Kraków, lipiec 1899 roku]

Wiesz, że to nie papier, to nie literatura - to chora wściekła namiętność ku Tobie. Jak ja Cię kocham - ciało, duszę Twoją – pomnisz, kiedy tak zespoleni, zlani ze sobą rozmawiamy długie godziny - kiedy tak silnie czujesz, że jam Twój, tylko Twój, a dla mnie poza Tobą cały świat zaniknął. Ty jeszcze wątpisz? Wiesz - ja jestem dziki nieobliczalny człowiek, ale człowiek mocny, silny człowiek, który tak sobie postępuje jak ja, ten przecież kochać musi - ten kocha, kocha - och! jak kocha i krzyczy i pragnie. Już teraz pozostanę na zawsze przy Tobie - niech się świat cały na mnie zawali, niech się dzieje, co chce, ale rozłąki z Tobą nie mogę znieść. Za bardzo cierpię i za bardzo tęsknię. To wszystko takie dziwne, niewytłumaczone i takie bardzo, bardzo piękne. Pomnisz, Jadzinek, każdą chwilę pomnisz? Tęsknisz Ty za mną? Pragniesz mnie? Choć w drobnej części, jak ja Ciebie? Jak się cieszę, z jakim upragnieniem cieszę się na tę chwilę. Kiedy znowu ujmę Twoje drobne, słodkie ciało w moje ramiona, kiedy znowu przypadnę ustami do tej róży i kiedy znowu będę oddychał zapachem młodych kasztanów i orzechów. I już Ci nic więcej nie powiem nad to, że Cię kocham, kocham.

[Stach]

Portret podwójny : wykonany z listów, wierszy, zapisków intymnych, wywiadów i publikacji

Portret podwójny : wykonany z listów, wierszy, zapisków intymnych, wywiadów i publikacji / Czesław Miłosz, Jarosław Iwaszkiewicz. – Warszawa : Fundacja Zeszytów Literackich, 2011. - S. 33, 251

Czesław Miłosz do Jarosława Iwaszkiewicza]

9 kwiecień 1931 r., Wilno

Jarosławie! Możliwe, że uważasz mnie za kretyna, z którym nie warto się zadawać. Jeżeli tak, no to dobrze. Wolałbym jednak, żeby tak nie było. Mam chwile, w których odnoszę się do Ciebie wrogo i w których zestawiam Ciebie z chamskimi, ale za to kipiącymi furią życia i nienawiścią typami. Jesteś jednak burżuazyjny, jak wszyscy ludzie, którzy przekroczyli trzydziestkę, a nie stali się prorokami. Ale wiesz przecie, że uważam Ciebie za najlepszego w Polsce poetę i najkulturalniejszego człowieka, pomijając już uczuciowy stosunek do Jarosława Iwaszkiewicza. Jesteś mi potrzebny. W wielu rzeczach możesz mi pomóc. Twój sąd o wierszach jest dla mnie zawsze miarodajny. Zaciągnąłem dług wdzięczności i nie tylko wdzięczności, z którego mam nadzieję kiedyś się wypłacić.

I z tego także powodu chciałbym, aby nadal była między nami, jeżeli nie przyjaźń, to przynajmniej stosunek jak między mistrzem i uczniem, albo jak między mecenasem i młodym rokującym nadzieje. Bo mimo wszystko wierzę w siebie i, psiakrew, będę ostatnim jełopem, jeżeli zmarnuję te możliwości, które mam. Muszę stać się wielkim, psiakrew, nie sławnym jak jaki Tuwimek, ale wielkim. Już mam poczucie hierarchii wartości i pluję po tysiąckroć na wszystkie erotyczne omdlewania, to niegodne człowieka. Jest religia i jest poezja, reszta k'czortu. Jeszcze niejedno i niejednych podepczę obcasem po mordzie – jest we mnie troszeczkę siły. Mężczyźni w listach do mężczyzn powinni pisać tylko o sobie właściwie. Bo inaczej to już jest pederastia.

„Kwadryga” drukuje moje wiersze, oczywiście te, których się wstydzę, zdaje się, że nie ma zbyt dobrego smaku, ale ostatecznie i to dobrze, że mnie przyjęli. Niech te wiersze, które się ukażą, nie poniżą mnie w Twoich oczach – bo były pisane i wysłane bardzo dawno.

Tymczasem żegnam Ciebie

Twój

Czesław Miłosz

 

[Jarosław Iwaszkiewicz do Czesława Miłosza]

Sandomierz, 21 IX 1960

Drogi Czesiu,

Jestem jak co roku w Sandomierzu, w zupełnej samotności. Trochę mi tęskno do ludzi i wczoraj po południu, leżąc sobie na łóżku, myślałem: kogo bym chciał nagle ujrzeć wchodzącego do mojej celi. Oczywiście na pierwszym miejscu Jurka Błeszyńskiego, ale zmarł w zeszłym roku, potem Bolka Micińskiego, ale ten umarł dawno – a potem pomyślałem sobie: z żyjących chciałbym, aby wszedł Cześ, ale on też, cholera, nie wejdzie.

Bardzo mi czasami tęskno do rozmowy z Tobą, nawet gdybyś się tak stawiał, jak ostatnio w Paryżu. Ja wiem, że jestem o wiele mniej inteligentny i utalentowany od Ciebie, ale właśnie dlatego zawsze tak lubiłem z Tobą rozmawiać, bo to mnie wzbogacało. Wiesz, w rozmowach z moimi przyjaciółmi warszawskimi brak mi zawsze jakichś ogólniejszych spojrzeń, jakichś rzeczy, jak ruscy powiadają rzeczy ogólnych. Te rozmowy są zawsze za bardzo „przy stoliku”, za bardzo powodujące się dzisiejszym spojrzeniem, bieżącą chwilą – no i, last not least – przydatnością takiego, a nie innego poglądu. Myślę o przydatności jako przystosowaniu do mody, do tego, co się mówi lub uważa się, że trzeba mówić. Jestem bardzo samotny, mój Czesiu - i czasem jest mi ciężko z wiecznym monologiem – i spojrzeniem w siebie: a nie ma co tam tak bardzo oglądać.

Przepraszam Cię, że piszę tych parę słów do Ciebie. Odeszliśmy już tak daleko od siebie, że może nawet nigdy nie będziemy się mogli porozumieć. Ale bardzo Cię kochałem jako przyjaciela –

Jarosław 

Utwory wybrane. [T.] 4, Felietony. Listy. Palcie ryż każdego dnia

Utwory wybrane.  [T.] 4, Felietony. Listy. Palcie ryż każdego dnia / Marek Hłasko. -    Warszawa :  Czytelnik, 1985. - S. 79

Los Angeles, 11 VII 1966 r.

Najdroższa Matko!

            Telegram, który otrzymałem dzisiaj, wstrząsnął mną i nie wiem, czy jestem w tej chwili w stanie napisać coś, co mogłoby Ci przynieść ulgę. Ale pamiętaj o tym, co powiedział pewien mądry człowiek, którego zawsze wszyscy cytują: żaden człowiek nie jest wyspą samą dla siebie, a stanowi tylko część kontynentu. Jeśli umiera jeden człowiek, to życie jego zostaje przetłumaczone z ludzkiego języka na język znany tylko Bogu. Wierzę w to, że życie naszego ojca zostało przetłumaczone na język Boga. Żył długo i dobrze, nikt Go nie będzie źle wspominał i tylko ja najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie mogę cierpieć, że tak długo czasu [sic!] upłynęło, zanim ja z Nim nauczyłem się mówić. Nie potrafiłem tego jako dziecko; ostatni list, który od Niego otrzymałem, nie wróżył nic złego. Pytał mnie o moją pracę; o to, w jaki sposób wynajduję tytuły; odpowiedziałem Mu, ale już nigdy nie otrzymam na ten list odpowiedzi i nie wiem, czy go otrzymał.

            Nikt Ci nie może zabrać tego wszystkiego dobrego, co z Nim przeżyłaś, i nie popadaj w zwątpienie i w rozpacz; pamiętaj o tym, że tylko Bóg jest jedyną istotą, którą można kochać wiecznie. Ja nie czuję się w tej chwili na siłach napisać Ci coś pokrzepiającego, gdyż czuję się zrozpaczony i przeraża mnie świadomość, że nie mogę być przy Tobie i pomóc Ci w niczym. Tu słowa nie zdadzą się na wiele. Wierzę, że Twoja wiara w Boga pomoże Ci przetrwać nasze wspólne nieszczęście. Niech Cię Bóg ma w swojej opiece i módl się za Niego, bo był jednym z niewielu ludzi, których znam, wartym tego.

Twój syn – Marek


Grupa wiekowa: 14-18 lat

Lalka Kafki

Lalka Kafki / Gerd Schneider. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 2009. – S. 17-18

[…]
Franz wyciąga kopertę.
- Co to jest? – pyta z wahaniem Lena.
- To dla ciebie!
Lena bierze kopertę, pochyla się nad nią, obraca w palcach.
On wskazuje na wierzch koperty. „Dla Leny” jest na niej napisane, dużymi literami. Dziewczynka przejeżdża palcem po liniach, literuje słowa: D-L-A  L-E-N-Y. Po czym wyśmiewa mężczyznę.
- Ty to napisałeś!
- Nie chcesz zajrzeć do środka?
Lena patrzy znów jak zaklęta na kopertę. Wskazuje na znaczek.
- Piękny.
- Tak, z gołębiami.
Dziewczynka przygląda się uważnie znaczkowi, patrzy zrezygnowana na Franza, jak gdyby nagle straciła pewność, co to się dzieje. Znaczek pocztowy oznacza przecież, że przesyłka skądś nadeszła.
- Skąd jest ten list?
- Od twojej lalki. Wyjechała w podróż i pisze do ciebie.
- Ale moja lalka przecież nie umie pisać! – Dziewczynka trzyma list niezdecydowana.
- Przeczytaj po prostu, Leno!
Otwiera więc kopertę i wyjmuje kartkę. Obraca w palcach. Po obu stronach zapisana. Na marginesie widnieje kilka drżących, oszczanych kresek.
- Co to ma być?
- Rysunek. Nie rozpoznajesz, co przedstawia?
- Wygląda jak skaczący pies. – Podaje Franzowi kartkę. – Przeczytaj mi – żąda.
[…]

 

Listy (Halina Poświatowska)

Listy / Halina Poświatowska. – Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2002. - S. 49 – 50

[do Ireneusza Morawskiego]

Rabka - wieczór [II 1958]

             ...wieczorami tęsknię za Tobą - wtedy czytam sobie Twój ostatni list. Jest... o nie, jeśli Ty chwalisz moje listy, ja nie mam nic do powiedzenia na temat Twoich, które są moimi, bo piszesz dla mnie. Widzisz, jaka ładna logika?

            I jeśli tak bardzo chcesz, mogę Ci napisać nie jeden, nie sto, ale co najmniej dwa lub dwieście takich listów i jeszcze gorszych, chociaż coraz trudniej pisać, bo coraz bardziej chciałabym być z Tobą. Choć chwilę. A może właśnie chwilę.

            Pewnie, że byłam zła, jeszcze jak, zgrzytałam zupełnie nieprzyzwoicie zębami,
ale pomogło mi słońce i moja własna filozofia, którą można nazwać "filozofią nieprzeładowanego żołądka". Wlokę się tak luźno po bożym świecie, a czasem chciałabym być zupełnie wolna w sensie wiatru lub ziemi.

            Nie bój się, nie wierzę, po co miałabym wierzyć? Prawda jest przeważnie śmiertelnie poważna, w związku z czym – nieco ponura. I chyba każda prawda. Więc zapisuj, co chcesz - zapisuj dla mnie - ja będę czytała, tęskniła i nie wierzyła.

            Nie wierzę, że nie piszesz - Ty ciągle piszesz – najwyżej tylko nie zapisujesz.
I ja się bardzo brzydko cieszę z tego, że nie zapisujesz. Bo jeśli potem czytasz to innym, nie mnie, to ich nienawidzę. Poza tym - robisz to trochę za dobrze. To też źle dla mnie,
bo kiedy słucham Ciebie, ręce mi opadają, nie umiem nic.

            Boję się w nocy - to bardzo śmieszne. Śpię sama w takim dużym pokoju i jak tylko zgaszę światło, zaczynam sobie wyobrażać przeraźliwe strachy z pazurami i okropnymi oczyma. Serce mi się tłucze i zapalam światło. Rano jest słońce, dzieci wrzeszczą i mam prawo iść patrzeć, jak łódki płyną po rynsztoku. Łódki produkowane przeze mnie
z papieru i kory. Ładnie płyną...

            Mam nadzieję, że mi wspaniałomyślnie darujesz ten list, w którym jesteś egipskim bogiem - czasem trzeba, żebyś był egipskim bogiem - dla mnie.

Listy (J. R. R. Tolkien)

Listy / J. R. R. Tolkien. – Poznań : Zysk i S-ka, 2000. - S. 553

288. Do profesora Normana Davisa

[Wydział Anglistyki Uniwersytetu w Oksfordzie zapragnął zdobyć popiersie Tolkiena wykonane przez jego synową Faith. Popiersie zostało przekazane i stoi obecnie
w Bibliotece Wydziału Anglistyki.]

Sandfield Road 76, Headington, Oksford

  10 maja 1966

 Drogi Normanie!

            Jestem ogromnie zaszczycony, podobnie jak moja synowa (rzeźbiarka), że wydział pragnie umieścić moje popiersie na eksponowanym miejscu w Bibliotece Anglistyki - jeśli po namyśle nie uznasz, że lepsza będzie ozdobna urna. Przekażę je wydziałowi
z największą przyjemnością.

            Przyszło mi na myśl, że popiersie z gipsu jest dość kruche i bardzo łatwo można je zniszczyć. Proponuję, więc odlać je z brązu (na mój koszt). Rozmawiałem już w tej sprawie z rzeźbiarką, która wie, jak się coś takiego robi. Popiersie z brązu byłoby odporne na wszelkie honory czy zniewagi, jakie by mu czyniono. Ja sam często wieszałem kapelusz na popiersiu cara Rosji, które łaskawie ofiarował Kolegium Merton.

Twój
Ronald

Listy : wybór tekstów dzieci alkoholików

Listy : wybór tekstów dzieci alkoholików. – Łódź : Fundacja Wspierania Rozwoju Pełnego Zdrowia, 1996. - S. 9

Hej, mamusiu!

Wiem..., że doskonale znasz moje myśli, że naprawdę wiesz, czego chcę, co do Ciebie czuję. Kocham Cię, mamo, każdą częścią swojego ciała, każdą częścią swojej duszy. Żeby nie Ty, …nie wiem, czy jeszcze bym żyła? Czy mogłabym dziś cieszyć się faktem, że mój ojciec przestał pić? Narażałaś dla mnie swoje życie. Robiłaś wszystko, by wychować mnie i mojego brata, by zawsze na stole stała ciepła zupa. Pamiętam Twoje zapadnięte oczy, żyły na Twoich dłoniach. Tak bardzo chciałaś być idealną żoną i matką. Ojciec wszystko zburzył, rozwalił Twoje plany, zmarnował Twoje życie. Zawsze bałaś się o nas - czy nie mamy żadnych kłopotów, czy wszystko gra? Podziwiam Cię. Jak Ty wytrzymałaś to całe piekło w domu? Jak mogłaś słuchać tych bezpodstawnych oskarżeń ojca? Tak bardzo chciałam Ci pomóc. Wcześnie nauczyłam się gotować, by chociaż trochę wspomóc Cię w trudach tej ciągłej agresywności ojca. Wiedziałam, że chwilami masz ochotę zostawić to wszystko, uciec jak najdalej od tego człowieka, może nawet umrzeć. Dlaczego on Cię bił? Przez pewien czas leżałaś w szpitalu. Nawet nie spytał o Twoje zdrowie. Ale chyba najbardziej nie mogłaś znieść tych jego zakłamanych słów. Widziałam, jak bardzo się cieszyłaś, kiedy przez jakiś czas tata nie pił w ogóle. Może myślałaś, że wszystko powróci do stanu początkowej euforii. A potem..., potem już o każdej porze dnia i nocy musiałaś liczyć się z tym, że musisz czuwać nad naszym bezpieczeństwem. Walczyłaś, chociaż Twoje szanse były niewielkie. Byłaś już tak zmęczona, wyglądałaś jak cień. Uciekłaś z domu zabierając nas. Ale chyba dobrze wiedziałaś, że musisz tam wrócić. Że ciągle musisz dźwigać z nami ten krzyż. Teraz..., kiedy ojciec przestał już pić, widzę, jak jest Ci ciężko przełamać się. Chyba ciągle go nienawidzisz za to, że skrzywdził nas, że zniszczył nasze dzieciństwo. Ale już całkiem inaczej myślisz..., już teraz wiesz, że jest to choroba. Ojciec nie chciał zabrać Ci życia, nie chciał Cię zniszczyć. On sam nie wiedział, co robi. Pozwól mu mamo zbliżyć się do nas. Pragnę mamo mieć ojca, czuć jego bliskość. Wiem, że rany stare ciągle bolą, że tak samo trzymasz pod sercem całe zło, jakie zgromadziło się przez tych kilka lat.

Ja bardzo cię kocham, Mamo.
Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie.
Jesteś najważniejsza.

Mona

Listy do córki

Listy do córki / Francis Scott Fitzgerald. – Warszawa : Czytelnik, 1982. - S. 13 – 15

"La Paix"[1], Rodgers' Forg  Towson, Maryland

8 sierpnia 1933

Kochany Pączku[2],

Ogromnie mi zależy, żebyś wypełniała swoje obowiązki. Czy zechcesz poinformować mnie dokładniej, jak Ci idzie francuski? Cieszę się, że jesteś szczęśliwa
– chociaż nie wierzę w szczęście. Nie wierzę również w nieszczęście. Istnieje to tylko na scenie albo na ekranie, albo w książkach, w życiu się nie zdarza.

          Wierzę tylko w jedno: że życie nagradza zasługi (proporcjonalnie do wrodzonych talentów) i karze (podwójnie!) za niewypełnianie obowiązków. Jeśli macie w swojej obozowej biblioteczce Szekspira, to poproś panią Tyson, żeby Ci pozwoliła zajrzeć do jego sonetów, chodzi mi o sonet, w którym są te słowa: „Lilie gnijące cuchną gorzej od zielska”.

         Głowę mam dzisiaj pustą: wydaje mi się, że życie składa się wyłącznie
z fabrykowania opowiadań dla „Saturday Evening Post”. Dużo myślę o Tobie, i zawsze
z przyjemnością; ale jeżeli znów mnie nazwiesz „Tatusieczkiem”, to Biały Kot mocno dostanie w tyłek, sześć razy za każdy raz, kiedy jesteś niegrzeczna. Czy to na Ciebie podziała?

         Załatwię rachunek za obóz.

Półżartem, na zakończenie – co naprawdę jest ważne:
         odwaga
         czystość
         sprawność
         dobra jazda konna
         dobra...
Czym nie warto się przejmować:
         nie przejmuj się tym, co ludzie mówią o Tobie
         nie przejmuj się lalkami
         nie przejmuj się przeszłością
         nie przejmuj się przyszłością,
         nie przejmuj się tym, że dorastasz
         nie przejmuj się, że ktoś może Cię prześcignąć
         nie przejmuj się sukcesami
         nie przejmuj Się porażką, chyba że sama zawiniłaś
         nie przejmuj się moskitami
         nie przejmuj się muchami
         nie przejmuj się w ogóle insektami
         nie przejmuj się rodzicami
         nie przejmuj się chłopcami
         nie przejmuj się, gdy doznasz zawodu
         nie przejmuj się przyjemnościami
         nie przejmuj się własnym zadowoleniem
O czym warto pomyśleć:
         Do czego naprawdę zmierzam?
         Jaka jestem w porównaniu z otoczeniem, gdy chodzi o:
         a.  uzyskanie stypendium
         b. rozumienie ludzi i umiejętność współżycia z nimi
         c.  czy staram się uczynić z mojego ciała użyteczny instrument, czy też całkowicie to zaniedbuję?
Całuję Cię najczulej

Papa

 

PS Odpłacam Ci za „Papcia”: nazywam Cię „Pupcią”, a znaczy to, że takiego małego szkraba jeśli zechcę, mogę stłuc na kwaśne jabłko; myślę też, że gdyby dowiedzieli się o tym przezwisku Twoi rówieśnicy, to takie słówko przylgnęłoby do Ciebie na długo.. Chcesz zostać do końca życia "Pupcią" albo jeszcze lepiej „Ziółkiem”? Nie mówiąc już o tym, co może do tego dodać, jakiś twórczy umysł! Spróbuj tylko jeszcze raz nazwać mnie „Papcią”, a przysięgam, że przypnę Ci to przezwisko i nieprędko się go pozbędziesz. A po co Ci to?

Mimo, wszystko całuję.



[1] L a P a i x – położona w pięknym parku na przedmieściu Baltimore, stara wiktoriańska rezydencja, którą Fitzgerald wynajął wiosną 1932 r., aby być blisko żony, przebywającej na kuracji w klinice doktora Phippsa. Pod koniec lata mogła już ją opuścić i „La Paix” pojawia się we wspomnieniach rodzinnych jako ostatnia pogodna przystań.

[2] S c o t t i e - adresatka tych listów, Frances Scott Fitzgerald, w październiku 1933 r. kończyła dwanaście lat. Gdy Fitzgerald pozna później w Hollywood wdzięczną gwiazdkę ekranu, Shirley Temple, napisze o niej do żony: „...jest to śliczna dziewczynka, pięknie wychowana... ogromnie przypomina mi Scottie z okresu «La Paix»...”.

Listy do Danuty Pawłowskiej

Listy do Danuty Pawłowskiej / Edward Stachura. – Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 2007. – S. 39–40

[Warszawa] 2 I [19]76 r

Dobry wieczór, Corazón[1]

         Dojechałem już. Zaraz też namoczyłem pranie i I love you. W pociągu był tłok z tych „jak cię mogę", więc znośny. Miałem siedzące miejsce na strapontenie w korytarzu i I love you. Pisać było trudno, czytać łatwiej, więc czytałem trochę zwaną prasę, a potem odbicie mojej twarzy na szklanych tu i tam przestrzeniach. I patrzę, i czytam, i czytam, że I love you. Wszystko to jest tak niesamowite, że tak mi się kręci w głowie, jak planecie wkoło Słońca. Ty się bałaś o mnie, czy się będzie wszystko zgadzać z tym, co Ty sobie...

         A ja się o siebie nie bałem, bo wiem. Ale powiem Ci, że ja się bałem nie o mnie. Wtedy, kilka miesięcy temu, kiedy Cię zobaczyłem PRZELOTNIE, to już wtedy bardzo wyraźnie zabiło mi serce. Nie mogłem tego nie poczuć, bo ono-serce już od kilku lat nic, nic, nic; siłą woli tylko żyłem i wiarą niezłomną w cud. Że się zdarzy. Untarnished faith is victorious[2]! I potem zacząłem pisywać do Was karteczki i krótkie listy stąd i zowąd, zapowiadając, że przyjadę, bo chciałem sprawdzić tamto przelotne niespodziewane poruszenie serca. Ale i też bałem się. Dwa razy przejeżdżałem przez Toruń i nie ośmieliłem się wysiąść, raz z samochodu, drugi raz z pociągu. Ale to, co mnie wczoraj spotkało, to, co przeżyłem wczoraj, w pierwszy dzień Nowego Roku Nowej Fantastycznej Ery, to przerosło najśmielszą moją wiarę. Wielkie Ci dzięki, Nieznany Śpiewaku,
za Twoje piosenki. I za to, co na peronie dzisiaj mówiłaś, to jest też bardzo, bardzo piękne.

         Całuję Twoje dłonie wielkie i oczy ogromne.
         Dobranoc.

Sted


[1] Z hiszp. Serce.
[2] Z ang. Niezłomna wiara jest zwycięska.

Między wierszami

Między wierszami / Małgorzata Domagalik, Janusz L. Wiśniewski. – Warszawa : Wydawnictwo W.A.B., 2008. – S. 81, 85-88

Monachium, sobota, noc

Małgosiu,
spędziłem dzisiejszy dzień i wieczór ze znajomymi w Monachium. […] Julia ma piętnaście lat i urodziła się w Norymberdze. Tam wyemigrowali z Opola jej rodzice w 1987 roku. Po kilku latach przenieśli się do Monachium. […] Nie spotkałem Julii. Ponieważ trwają zimowe ferie, rodzice wysłali ją do babci do Opola. Szczerze mówić, zmusili ją do tego wyjazdu. Julia, zdaniem ojca, znajduje się obecnie w fazie „głupiego buntu” i trzeb ją „najzwyczajniej przywołać do porządku i oswoić”, a zdaniem matki  po prostu przechodzi trudny okres dojrzewania, a „oswoić to on sobie może jaszczurkę”. Julia – jak wynika z tego, co opowiadali mi jej rodzice – dojrzewa w sposób ekstremalny. We wrześniu uciekła na tydzień z domu, doprowadzając ich do rozpaczy. Gdy już się odnalazła, okazało się, że policjanci odkryli w kieszeni jej kurtki małe foliowe torebki z haszyszem. Na dodatek nie była całkiem trzeźwa. […]  Z punktu widzenia neurobiologa siedzącego przed ekranem monitora połączonego z tomografem mózg dojrzewających nastolatków przypomina boeinga rozpędzającego się przed startem. Cały samolot nabiera prędkości, silniki wibrują, podczas gdy w kokpicie mechanik ciągle majstruje śrubokrętem przy systemie nawigacyjnym. Nie dziwi mnie więc bardzo zasmucająca statystyka, do której ostatnio dotarłem. W fazie dojrzewania (ustalonej na okres pomiędzy czternastym a dwudziestym rokiem życia) ryzyko wypadków i wynikających z nich zranień, także tych prowadzących do śmierci, jest najwyższe w skali całego życia. Umieralność nastolatków (w Europie) jest od dwóch do trzech razy wyższa niż w dzieciństwie! Spośród dziesięciu najczęstszych przyczyn wszystkie (sic!) można odnieść do tak zwanych wypadków wynikających ze złego lub niedostatecznego oszacowania grożącego niebezpieczeństwa. Dojrzewanie jest o wiele bardziej niebezpieczne niż życie. Doszliśmy do takiego wniosku w Monachium w połowie trzeciej butelki dobrego kalifornijskiego chardonnay. Moi gospodarze odstąpili mi  na noc pokój Julii (i komputer, z którego piszę). Zasnę w jej łóżku. Obok pluszowego misia z oberwanym nosem i pod plakatem z Jamesem Deanem buntowniczo spoglądającym na świat.
W zamyśleniu i serdecznie,
JL, Monachium

PS Pamiętasz swój okres dojrzewania? Przeżyłaś go jakoś szczególnie? Miałaś w sobie ten bunt?   

 

Warszawa, po południu

Januszu,
Żartujesz? Przecież jak każda nastolatka przechodziłam czas burzy i naporu. Świat dorosłych wydawał mi się bezkreśnie nudny i pozbawiony polotu. Tęskniłam więc za dorosłością, która w moim odczuciu miała polegać nie tyle na paleniu papierosów (to miałam już za sobą, bo pierwszego i ostatniego papierosów zapaliłam z Hanką P. w wieku sześciu lat), co na czytaniu książek dla dorosłych w świetle dziennym, a nie pod nieobecność rodziców. Zresztą do dziś jestem im wdzięczna, że i takie książki mieli w domu, i za to również, że zamiast chodzenia po rzymskich sklepach przeciągnęli mnie po wszelkich tamtejszych ruinach. Zbuntowałam się tylko  oraz w Asyżu i do dziś tego żałuję. Na całe szczęście zorientowałam się dość szybko, że ci dwoje  w wielu życiowych sprawach mają rację. Doceniam i szanuję ich za to, że tak trafnie rozszyfrowali mój charakterek, nie kategoryzowali, stwarzali pozory dużej swobody i w rezultacie wyprowadzili mnie na ludzi. A przede wszystkim zawsze mieli dla mnie czas i zawsze ze mną rozmawiali. Nigdy od nich nie usłyszałam, że problem, z jakim przychodzę, jest niemądry. Pewnie dlatego nadal są tymi pierwszymi, z którymi chcę się dzielić tym, co przynosi mi Zycie. Obdzielam ich przede wszystkim wiadomościami z drzewa dobrego, bo dziś to ja mam dbać o ich dobre samopoczucie. O ich spokój i poczucie bezpieczeństwa, tak jak przed lat oni dbali o moje.
Pozdrawiam
m.

Niedyskrecje pocztowe : korespondencja Tadeusza Borowskiego

Niedyskrecje pocztowe : korespondencja Tadeusza Borowskiego. – Warszawa : Prószyński i S-ka, 2001. - S. 29 – 30

Oświęcim, 23 I 1944 

Kochana Mamo,

       daruj, że moje listy są tak różnego rodzaju i że czasem mówię jedynie o swoich troskach i pociechach i szukam pomocy u Ciebie. Ale komu mam się zwierzyć z mego niepokoju, jak nie Tobie, Mamo? Z tego powodu nie myśl, że mi brak męstwa. W ogóle w życiu nie potrzeba tak dużo męstwa. Wiem bardzo dobrze, że szczególnie latem przyczyniałem Ci dużo trosk, ale wciąż odkrywa się w sobie coś z dziecka.

       Jak widzisz, wszystko u mnie jest w porządku. List z 28 XII otrzymałem; Bronkowi wyraź moje serdeczne współczucie, rozumiem, jak musi być mu ciężko żyć samemu. Julku, z racji ukończenia przez Ciebie 25 lat, przesyłam Ci, choć spóźnione, ale serdeczne braterskie życzenia szczęścia osobistego. Nie bądź na punkcie dążenia do czynu zwariowany. Nie to, co się tworzy i nie rzecz – człowiek jest najważniejszy. A jak łatwo przez wielkie słowa można zostać oszukanym! Tak.

       Wiesz, u mnie wszystko w porządku, jestem tylko trochę zmęczony i obawiam się, że już nigdy nie będę taki, jak poprzednio. Od Tusi również otrzymałem list. Jest nadzieja, że życie jej będzie nieco lżejsze. Niestety, jak sama pisze, nie czuje się całkiem dobrze. Przesyłam dla niej pozdrowienia. Na koniec moje drobne sprawy: Mamo, zapiekany kalafior okazuje się bardzo praktyczny, przysyłaj więcej; poza tym trochę pasty do butów i możliwie dużo witaminy C w prawie każdej paczce.

       Przyjaciołom moim, Zosi, Staszkowi i tym wszystkim, którzy mnie nie zapominają – pozdrowienia. Serdeczne ucałowania dla Ciebie, Mamo, Ojca i Julka. Wasz

Tadeusz Borowski

Panie profesorze Einstein : Alberta Einsteina listy do i od dzieci

Panie profesorze Einstein : Alberta Einsteina listy do i od dzieci. -  Warszawa : Świat Książki, 2005. - S. 200

17 stycznia 1953 r.

Drogie Dzieci,

Nie powinniście pytać „Co to jest zwierzę?", ale „jaki rodzaj rzeczy nazywamy zwierzęciem?". A zatem: zwierzęciem nazywamy coś, co ma pewne cechy: pobiera pokarm, pochodzi od podobnych rodziców, rośnie, porusza się samodzielnie, a wreszcie umiera, gdy nadejdzie jego czas. Oto dlaczego robaki, kurczęta, psa, czy małpę nazywamy zwierzęciem. A co z nami, ludźmi? Pomyślcie o tym, co napisałem, a potem zdecydujcie sami, czy jest rzeczą naturalną, byśmy uważali się za zwierzęta...

Z serdecznymi pozdrowieniami

Albert Einstein

Pozdrowienia dla Czarodzieja : korespondencja K. I. Gałczyńskiego

Pozdrowienia dla Czarodzieja : korespondencja K. I. Gałczyńskiego. – Warszawa : Świat Książki, 2005. – S. 33

Drogi Eryku,

    Coraz częściej odwiedzają mnie panie z oczami wybałuszonymi jak na rysunkach Ha – Gi, coraz częściej zakradają się do mnie starcy i młodzieńcy z przerażających rysuneczków Jana Kamyczka. Paniusie, młodzieńcy i płomienni starcy odczytują mi chóralnie swoje utwory, nierzadko uzupełniają recytację tańcem, a po skończonym „numerze” żądają, żebym Ich strofy tu czy tam zamieścił.
    Ludzie kochani, zrozumcie, że:
  1) sam jestem młodym, początkującym autorem;
  2) sam nie mam protekcji znikąd i – można powiedzieć – „sam jeden w kajaku przez Atlantyk”;
  3) że wszystkie redakcje, teatry i wydawnictwa polskie są aż nadto zawalone moimi rękopisami, których nikt nie chce drukować ani wystawiać;
  4) że sam nigdy nie nauczę się interesująco pisać, a podczas ostatniej grypy (czasem zapadam) stworzyłem 2000 Zielonych Gęsi, których kompletnie nie rozumiem.
   Drogi Eryku, ponieważ jednak poza literaturą istnieją obowiązki społeczne, proszę Cię o zamieszczenie poniższej Spowiedzi kretyna, jeśli można, z barwnymi ilustracjami. Jest to niewątpliwy dokument tzw., mówiąc naukowo, zbydlęcenia.
    Informacje poufne, co do osoby autora Spowiedzi:
    Autor Spowiedzi używa zamiast kapelusza fezu tureckiego; przed wojną, jak twierdzi, wystawił w Rawiczu rewię pt. Zloty Szatan; ostatnio w jakimś słuchowisku radiowym grał „Głos wierzyciela”. Na zapytanie, jak godność, szepnął:
    - Franciszek. Więcej nie powiem.
    I rozpłakał się.

Twój
K.I. Galczyński


Grupa wiekowa: 7-13 lat

Ania z Zielonego Wzgórza

Ania z Zielonego Wzgórza / Lucy Maud Montgomery. – Kraków : Greg, 2002. -  S. 95-96

Droga Aniu.

Mama nie pozwala mi bawić się z Tobą ani rozmawiać, nawet w szkole. To nie moja wina, więc nie gniewaj się na mnie, bo ja Cię kocham tak samo jak dawniej. Martwi mnie bardzo, że nie mogę Ci powiedzieć moich tajemnic. Gertie Pye nie lubię ani trochę. Zrobiłam dla Ciebie zakładkę do książki z czerwonej karbowanej bibułki. Takie są teraz najmodniejsze, a tylko trzy dziewczynki z naszej szkoły potrafią je zrobić. Ile razy spojrzysz na nią, przypomnij sobie Twoją wierną przyjaciółkę.

Dianę Barry

Florka : listy do Józefiny

Florka : listy do Józefiny / Roksana Jędrzejewska-Wróbel. – Łódź : Wydawnictwo Literatura, 2008. - S. 34

Kochana Józiu!

Wczoraj  byli u nas goście. I przedwczoraj też. I w zeszłą sobotę. Ciągle przychodzą, żeby oglądać bliźniaki, jakby to były tygrysy w zoo. Przynoszą im zabawki i się zachwycają. Ale mną to się nikt nie zachwyci! I nikogo nie obchodzi, że nauczyłam się rysować gwiazdkę bez odrywania łapki. Zupełnie sama, chociaż to bardzo trudne. A bliźniaki  nawet nie wiedzą, jak wygląda gwiazdka! Mówię Ci, Józiu, jakie to strasznie niesprawiedliwe! Oni nic nie potrafią, a wystarczy, że któryś kiwnie nogą, a już wszyscy wołają” „Jakie śliczne maleństwo! Jakie mądre!”. No to się zezłościłam, bo co to za sztuka machać nogą. „Ja też tak potrafię!” zawołałam. Położyłam się na podłodze i pomachałam jedną nogą, a potem drugą. A potem obiema naraz i jeszcze ogonkiem. Tylko że zupełnie nikt na to nie zwrócił uwagi, bo oczywiście wszyscy goście wpatrywali się w łóżeczko z bliźniakami. Więc zaczęłam wrzeszczeć, zupełnie jak Wrzaskun czyli Ludomir, a nawet jeszcze lepiej. Chciałam, żeby tata mnie pochwalił. […]

Harry Potter i insygnia śmierci

Harry Potter i insygnia śmierci / J. K. Rowling. – Poznań : Media Rodzina, 2007. -  S. 190

Drogi Łapo!

Wielkie dzięki za urodzinowy prezent dla Harry'ego! Żebyś widział, jak się ucieszył...
Ma dopiero rok, a już śmiga na tej dziecinnej miotełce, i jaki z siebie zadowolony! Zresztą sam zobacz, dołączyłam zdjęcie. Miotła unosi się zaledwie na dwie stopy, ale już o mało, co nie zabił kota i rozbił ten okropny wazon, który Petunia przysłała mi na Boże Narodzenie (nie uskarżam się!). Oczywiście James uznał, że to bardzo zabawne, twierdzi, że Harry będzie wspaniałym graczem w quidditcha, ale musieliśmy pochować wszystkie salonowe ozdóbki, bo kiedy ten brzdąc dosiada miotły, trzeba go bardzo pilnować.

Herbatka urodzinowa była bardzo skromna, byliśmy tylko my i stara Bathilda, którą zawsze mile widzimy i która ma bzika na punkcie Harry'ego. Żałowaliśmy, że nie mogłeś się pojawić, ale w końcu sprawy Zakonu są najważniejsze, a zresztą Harry jest jeszcze za mały, żeby wiedzieć, że to jego urodziny. James zaczyna być zmęczony tym, że musi tu siedzieć, ale stara się tego nie okazywać. Dumbledore nadal ma jego pelerynę-niewidkę, więc nie ma mowy nawet o małych wypadach. Bardzo by go podniosło na duchu, gdybyś mógł do nas wpaść. Glizdek odwiedził nas w ostatni weekend, był jakiś przygaszony, pewnie z powodu McKinnonów. Ryczałam przez cały wieczór, kiedy się dowiedziałam. Bathilda wpada do nas często, to fascynująca staruszka, opowiada zdumiewające historie o Dumbledorze, choć nie jestem pewna, czy by się ucieszył, gdyby o tym wiedział! Nie wiem, czy można wierzyć we wszystko, co ona opowiada, bo wydaje mi się nieprawdo podobne, żeby Dumbledore...

Listy dzieci do Pana Boga

Listy dzieci do Pana Boga / zebr. Eric Marshall, Stuart Ample. – Warszawa : Instytut Wydawniczy Pax, 1978. - S. [93]

Drogi Boże.

Czy chłopcy są lepsi niż dziewczynki?

Wiem, że jesteś jednym z nich ale spróbuj odpowiedzieć uczciwie.

Sylwia.

Listy Świętego Mikołaja

Listy Świętego Mikołaja / J. R. R. Tolkien. – Warszawa : Prószyński i S-ka, 2001. -  s. 20-22.

Dom na Skale! Wierzchołek Świata, obok Bieguna Północnego
Święta 1925 roku

Kochani chłopcy!

Jestem w tym roku okrutnie zajęty – na myśl ręka trzęsie mi się jeszcze bardziej niż zwykle i niezbyt bogaty. Prawdę mówiąc, zdarzyło się kilka okropnych rzeczy. Część prezentów uległa zniszczeniu, a Niedźwiedź Polarny nie może mi pomóc. Tuż przed świętami musiałem się przeprowadzić, wyobrażacie, więc sobie, co się tu dzieje. Dlatego mam teraz nowy adres i mogę napisać tylko jeden list do Was obu.
Oto co się stało: pewnego bardzo wietrznego listopadowego dnia wiatr zdmuchnął mi czapkę i, porwał na czubek bieguna Północnego. Protestowałem, ale Północny Niedźwiedź Polarny, wdrapał się na sam cieniutki szczyt Bieguna, żeby ją zdjąć. Wtedy Biegun przełamał się pośrodku i runął na dach mojego domu, a Niedźwiedź Polarny wpadł zrobioną przez niego dziurą do jadalni, z moją czapką na nosie. Cały śnieg z dachu poleciał za nim. Topiąc się zgasił wszystkie ognie i przeciekł do piwnic, gdzie zbierałem tegoroczne prezenty, a Niedźwiedź Polarny złamał sobie nogę.

Teraz czuje się już dobrze, ale byłem na niego taki zły, iż oznajmił, że więcej mi już nie pomoże. Chyba zraniłem jego dumę. Do następnych świąt powinno mu przejść.

Wysyłam wam obrazek przedstawiający to zdarzenie oraz mój nowy dom na Skale nad Biegunem Północnym (w skale wykopałem wspaniałe piwnice). Jeśli John nie zdoła przeczytać mojego trzęsącego się pisma (w końcu mam już tysiąc dziewięćset dwadzieścia pięć lat), niech poprosi o pomoc ojca. Kiedy Michael nauczy się czytać i zacznie pisać do mnie listy? Ucałowania dla Was obu, a także dla Christophera, nazwanego, imieniem innego świętego.

To wszystko, do widzenia
Święty Mikołaj

PS

Święty Mikołaj okropnie się spieszył – kazał mi dołączyć Jedno ze swych magicznych  ciasteczek. Rozłamując je, pomyślcie jakieś życzenie i zobaczcie, czy się spełni. Przepraszam za grube pismo, ale mam niezgrabną łapę. Pomagam Świętemu Mikołajowi pakować prezenty. Mieszkam z nim. To ja

                                                                                                WIELKI (Polarny) NIEDŹWIEDŹ

Listy Wicka

Listy Wicka / Barbara Wiza. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 1985. - S. 7

   Kochana Mamusiu!

   Nie pisz do mnie „Mój Maleńki Synku", bo ja nie jestem żaden maleńki synek, tylko mężczyzna. Nawet Tata tak powiedział, jak, robiliśmy pranie. Tata prał kolory, a ja skarpetki. I Tata się jeszcze wtedy wyrażał. Naprawdę. Powiedział: „to cholerne pranie nie jest dla mężczyzn, do grobu nas wpędzi". A „cholerne" to jest wyrażanie, Jacek mówił, a on wie, bo chodzi do trzeciej klasy i pluje na trzy metry, a ja tylko na dwa.
I Mama, Tata zrobił przy praniu wynalazek. Naprawdę. Taki wynalazek to się łatwo robi. Trzeba wsadzić do miski kolory, posypać proszkiem, nalać wody i uciskać przepychaczem do zlewu, to się wytwarza ciśnienie. Naprawdę. I Tata mówił, że to jest pierwszorzędny wynalazek i że go opatentuje w biurze, niech jego koledzy też się czegoś pożytecznego nauczą. Tylko ten wynalazek bardzo chlapie na wszystkie kafelki. Po praniu musieliśmy myć całą łazienkę i jeszcze się kąpać. Mama! A my mamy tajną organizację. Tylko nie mów nikomu! Bo to jest największa tajemnica. Ona, ta organizacja, nazywa się Tajne Zrzeszenie Kosmonautów. Jacek wymyślił. My mamy odprawy, wiesz? W naszej piwnicy. Nawet na drzwiach napisaliśmy wielgachnymi literami TZK. Też Jacek wymyślił. Aha! Jeszcze ci donoszę, Mamusiu, że jutro przyjedzie do nas wujek Michał. Ja się cieszę i Tata też się cieszy. Wujek Michał jest najlepszym wujkiem na całym świecie i umie gotować prawdziwe obiady; Wujek pisał do Taty, że musi odsapnąć naszą atmosferą. Ja nie widziałem u nas żadnej atmosfery, to czym ten wujek będzie sapał? Napisz mi, chciałbym to wiedzieć.

Smoczy lot

Smoczy lot / Angie Sage. – Warszawa : Jaguar, 2011. - s. 74-76.

Drogi Wilczy Chłopcze.

Stoisz teraz przed Zborem Wiedźm Portowych. Przeczytaj to, zapamiętaj każde słowo,
a potem zjedz list.
Oto, co masz zrobić:
Złap kołatkę – Ropuchę. Zapukaj tylko raz. Kiedy Ropucha woła, Zbór musi odpowiedzieć.
Wiedźma, która podejdzie do drzwi zapyta: „W jakiej sprawie?”.
Musisz odpowiedzieć: „Przyszedłem nakarmić Ponuraka”. Nie mów nic więcej.
Wiedźma odpowie: „Dobrze, wejdź Karmicielu Ponuraka”. A potem Cię wpuści.
Nic nie mów.
Wiedźma zaprowadzi Cię do kuchni. Powie pozostałym, że przybyłeś, by nakarmić Ponuraka.
Gdy będziesz już w kuchni, mów tylko „tak” „nie” i „Przyszedłem nakarmić Ponuraka.
Co mi dacie?”.
Zbór przyniesie Ci to , co masz dać Ponurakowi. Możesz odmówić wzięcia wszystkiego, co ludzkie, ale całą resztę musisz przyjąć.
Wtedy obudzą Ponuraka. Bądź dzielny. Potem zostawią Cię z nim sam na sam.
NAKARMISZ  PONURAKA. (Do tego, drogi Wilczy Chłopcze, musisz być szybki
i odważny. Minęło ponad pięćdziesiąt lat, odkąd go karmiono).
Weź srebrny nóż, który dałam Ci rano. Kiedy ponurak będzie jadł, odetnij mu czubek jednej macki. Nie przelej ani kropli krwi.
Włóż czubek macki do skórzanej sakiewki, którą Ci dałam, żeby Zbór nie poczuł zapachu krwi Ponuraka.
Gdy Ponurak skończy jeść, wiedźmy powrócą.
Ponieważ wszedłeś przez Mroczną Ropuchę, pozwolą Ci wyjść tą samą drogą.
Wracaj prosto przez Groblę, Bagniak będzie na Ciebie czekał.
Życzę szczęśliwej drogi i mężnego serca.

Uściski, ciotka Zelda.

Szczenięce lata ; Ziele na kraterze ; Ojciec i córki – korespondencja

Szczenięce lata ; Ziele na kraterze ; Ojciec i córki – korespondencja / Melchior Wańkowicz. - Warszawa : Prószyński Media, 2009. - S. 447

31 X 1927

Kochana Krysieńko!

Piszę do Ciebie jako do starszej córeczki, bo ten mały Tiluś pewno o Tacie nie pamięta i wszystko mu jedno. Ale zresztą niech tam prosiątko różowym uszkiem również słucha – jeśli chce.

Pan fotograf zrobił duży portrecik, na którym umieścił moje córeczki we dwie. Portrecik stoi na moim biurku. Ty się uśmiechasz lekko i patrzysz na Tatę jak żywa, a Til – paskudnik siedzi wydęty, ale kochany bardzo.

Napisz co do mnie, Córeczko, ale zupełnie sama, żeby nikt tego nie czytał. A może piszesz wierszyki? To przyślij.

Tatuś tutaj bardzo tęskni do swoich córeczek. Byłyście małe bzdurki i chowałyście się u Mamusi jak szczeniaczki, a Tata tyle że dbał, aby dla Was zarobić pieniążki. Ale teraz powyrastają z Was ciekawe wszystkiego dziewczyniny i Tata myśli o tej chwili, kiedy przyjedziecie, kiedy weźmie was za rączki i poprowadzi Was patrzeć (na) ciekawe rzeczy. Bardzo Was serdecznie całuję, Córeczki moje

Tatuś

Napiszcie koniecznie do Franki. Przecież otrzymaliście jej list?

Wakacje Mikołajka

Wakacje Mikołajka / René  Goscinny. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 1988. - S. 134

Kochanie!

Mamy nadzieję, że jesteś grzeczny, jesz wszystko, co ci dają, i dobrze się bawisz. Jeśli chodzi o leżakowanie, pan Rateau ma rację. Powinieneś wypoczywać i spać zarówno po obiedzie, jak po kolacji. Znamy Cię dobrze, kurczaczku, gdyby Ci pozostawić wolną rękę, bawiłbyś się nawet w nocy. Całe szczęście, że Twoi przełożeni są na miejscu i Cię pilnują – powinieneś słuchać ich we wszystkim. Co do tamtego zadania z arytmetyki, tatuś mówi, że znalazł rozwiązanie, ale chciał, żebyś sam do niego doszedł…

(Fragment listu rodziców do Mikołaja)


Grupa wiekowa: do 6 lat

Kubuś Puchatek

Kubuś Puchatek / A. A. Milne. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 1995. - S. 112

(…) W końcu znalazł ołówek, kawałek suchego papieru i butelkę z korkiem.
I napisał z jednej strony:

POMOCY!
PROSIACEK (JA)

a z drugiej:

TO JA, PROSIACEK. POMOCY, POMOCY!

Potem włożył kartkę do butelki, zakorkował ją tak mocno, jak tylko mógł, wychylił się przez okno tak daleko, jak tylko mógł, aby nie wypaść, i rzucił butelkę tak daleko, jak mógł.

 

Lato Misia Uszatka

Lato Misia Uszatka / Czesław Janczarski. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 2008. - S. 28-29

List do dzieci

Jacek i Zosia pojechali nad morze. Bawią się tam w piasku. Opalają się na słońcu. Miś został w domu. Tęskni za dziećmi.
Postanowił napisać, więc do dzieci list.
A kiedy już list był gotowy, pobiegł z nim Miś do skrzynki pocztowej. A tu, dopiero kłopot: skrzynka wisi wysoko. Miś nie może do niej dosięgnąć.
Biegł po drodze Zajączek.
- Pomóż, Zajączku – poprosił Miś.
Zajączek skoczył na ramiona Misia. Wyciągnął łapkę z listem.
- Nie dosięgnę! – zawołał.
Wtedy przybiegł Kogucik. Machnął skrzydłami. Siadł na plecach Zajączka. Trzymał w dziobie list do dzieci. Dziobem dosięgnął do skrzynki.
A teraz list powędruje nad morze.

Listy od Feliksa : mały zajączek podróżuje po świecie

Listy od Feliksa : mały zajączek podróżuje po świecie / Anette  Langen. – Warszawa : Świat Książki, 2003. - S. [23]

Miś Uszatek

Miś Uszatek / Czesław Janczarski. – Warszawa : Nasza Księgarnia, 2006. – S. 16-17

List od Bociana

Wielka niespodzianka spotkała dziś Uszatka.
Przyszedł z rana listonosz.
- Czy tu mieszka Miś Uszatek? – zapytał.
Niedźwiadek właśnie kończył jeść śniadanie. Odwrócił się szybko na krzesełku. Łyżeczka wysunęła się mu z łapki i upadła na podłogę.
Listonosz powiedział:
- Podnieś łyżeczkę, Misiu, i uśmiechnij się. Przyniosłem dla ciebie bardzo miły liścik
z Ciepłych Krajów od pana Bociana.
Wyjął listonosz z torby kolorową pocztówkę i wręczył ją niedźwiadkowi.
- Dziękuję... – szepnął Miś i natychmiast wybiegł na podwórko.
- Zajączku, Koguciku, Kruczku! – zawołał.
Nadbiegli przyjaciele.
- Co się stało? Co się stało?
- Posłuchajcie... – powiedział tajemniczo Uszatek i przeczytał list:

Kochany Uszatku!
Wróbelki napisały do mnie, że mieszkasz na naszym podwórku. Bardzo chciałbym Cię poznać. Za kilka dni przylecę do Was z Ciepłych Krajów: Ładnie tu jest i dobrze mi tu. Tęsknię jednak do swojego gniazda. Wysyłam Ci kolorową fotografię, którą zrobił mi pewien podróżnik. Stoję pod palmą kokosową. Na palmie siedzi małpka. A tam dalej stoi wielbłąd. Pozdrów Jacka, Zosię, Kruczka, Kogucika i Zajączka.

Całuję Cię.
Bocian Długonogi

Długo przyglądali się przyjaciele fotografii. Miś powiedział:
- Mówię wam: dostaniemy na pewno od Bociana w podarunku orzech kokosowy albo banany.




Partnerzy


 




Najbliższe wydarzenia

18 Sie. 2018, sobota, godz.: 08:00 - 17:00
Wystawa „Podróże dalekie i bliskie” w Łodzi
11 Wrz. 2018, wtorek, godz.: 08:00 - 17:00
Śladami Marii Dąbrowskiej do Russowa i Kalisza
13 Wrz. 2018, czwartek - Cały dzień
Regionalny Kongres Edukacji Kulturalnej w Łodzi