ŁÓDZKIE CZYTA

WIERSZ TUWIMA NA DZIŚ

Codziennie jeden wiersz Tuwima.

GRANDE VALSE BRILLANTE

Czy pamiętasz, jak z tobą tańczyłem walca,
Panno, madonno, legendo tych lat?
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca,
Świat, co w ramiona mi wpadł?
Wylękniony bluźnierca,
Dotulałem do serca
W utajeniu kwitnące, te dwie,
Unoszone gorąco,
Unisono dyszące,
Jak ty cała, w domysłach i mgle.
I tych dwoje nad dwiema,
Co też są, lecz ich nie ma,
Bo rzęsami zakryte i w dół,
Jakby tam właśnie były
I błękitem pieściły,
Jedno tę, drugie tę, pół na pół.
     Rośnie grom i strun, i trąb,
     Rośnie krąg i zachwyt rąk,
     Coraz więcej kibici
     Chciwie ramię ochwyci,
     Świętokradczo napełza
     Drżąca ręka na pąk
     drżący,
Huczą słońca grzmiących trąb,
Kołujący rośnie krąg,
Pędzi zawrót
     kolisty
Po elipsie
     falistej,
Jednomętnym rozpływem wiruje jak bąk.

Gdy przez sufit przetaczam –
     Nosem gwiazdy zahaczam,
Gdy po ziemi młynkuję,
     To udaję siłacza.
Wątłe mięśnie naprężam,
     Pierś cherlawą wytężam,
Będziesz miała atletę
     I huzara za męża.

Wniebowziętym bełkotem
     O zabawie cos plotę,
Będziesz miała za męża
     Skończonego idiotę,
Słuchasz, chłodna i obca,
     Cudo-chłopca, co hopsa,
Żebyś miała z męża
     Wytwornego światowca.

A tu noga ugrzęzła,
     Drzazga w dziurze uwięzła,
Bo ma dziurę w podeszwie
     Twój pretendent na męża.
Ale szarpnę się, wyrwę –
     I już wolny, odeszło,
I walcuję, szurając
     Odwinietą podeszwą.

Fragment z Kwiatów Polskich


ROK I BIEDA

Cztery biedy na tym świecie:
Pierwsza bieda - wiosną,
Ale słonko silniej świeci
I kwiateczki rosną.     
 
Drugą biedę lato niesie,
A z nią troski, smutki,
Ale za to w ciemnym lesie
Smaczne są jagódki.

Trzecia bieda idzie za tą,
Trapi nas jesienią,
Ale za to w babie lato
Jabłka się czerwienią.

Czwarta bieda: wiatr, zimnisko,
Mróz odetchnąć nie da,
Ale za to wiosna blisko
I - wiosenna bieda.

Z tomu Wiersze. 2 (1955)


ZIMOWA NOC

Świat w uroczystym śpi skupieniu.
Śnieg drobnym pyłem srebra prószy.
Słuchajmy w ciszy i milczeniu
Mistycznych pieśni naszej duszy.

Kładzie się długa noc zimowa
Na lśniące bielą pól kobierce.
Noc szepce nam tajemne słowa,
Że mamy jedno wspólne serce.

Módlmy się… Cisza uroczysta,
Jak rozmodlony tłum w kościele…
Miłości mej symfonia czysta
Po polach w dal się śniegiem ściele…

Z tomiku Juwenilia. 1 (1990)


27 XII 1915

     Mojej St. najlepszej

Miałem dziś jasny, dobry dzień,
Pełen kochania i radości,
Pełen wiośnianych, ciepłych tchnień,
Ciszy, zachwytu i miłości!

Spotkałem Ciebie, śliczna ma,
W jesienne szare przedpołudnie,
Takeś przedziwnie jakoś szła
I uśmiechnęłaś mi się cudnie…

I wnet poczułem, że to Ty,
Ta sama, dawna i kochana,
I szczęsne w oczach miałem łzy,
Moja najtkliwiej miłowana!

I zrozumiałem Cię. I wiem,
Że kocham całą swą istotą,
Że to, co wczoraj było złem,
Jest dzisiaj szczęściem i prostotą!

I proszę Boga z całych sił,
Byś za ten dzień – szczęśliwa była!
I aby każdy dzień mój był
Jak ten dzisiejszy, St… miła!

27 grudnia 1915 roku

[Dopisek] od 27 grudnia do 3 stycznia – najszczęśliwszy tydzień życia.

Z tomiku Juwenilia. 2 (1990)


MÓJ POGRZEB

Posadzicie na kozioł sługusa
Odzianego w czarny strój żałobny,
Wybierzecie mi drabiniak, zdobny
W oleandry, kaktusy i palmy,
I pojedziecie kłusa!

Na nic mi wasze uroczyste psalmy,
Modły do Jahwy albo do Chrystusa.
Na nic mi pompa ceremonii wszelkich,
Obejdę się bez płaczów i zawodzeń wielkich,
Wolę, zaprawdę, byście mnie chowali
Z wielką radością i kabaretowo:
Aby grajkowie Ha-ca-ca mi grali,
A wy – z kwiatami umajoną głową –
Drobnym truchcikiem bieżcie przez ulice
Weselem mając uśmiechnione lice.

Na każdym rogu niechaj wisi afisz
Z napisem, złotą farbą drukowanym:
„J. Tuwim umarł”. Mówił przecie Staff, iż
„Dzielnym śmierć będzie świętem i niedzielą”.

Więc złoty napis na mojej klepsydrze
Niech świeci w słońcu blaskiem roześmianym!
Bo i cóż? Komu śmierć mnie z życia wydrze?
Zresztą… nie o tym chciałbym w testamencie
Mówić, lecz o mym pogrzebowym święcie.

Pójdą posłańcy, kelnerzy, artyści,
Dziewczęta, dziewki oraz przyjaciele,
Swą delegację przyślą futuryści,
Za nimi – różnych bezimieńców wiele,
A potem tłumy – moi wierzyciele.

I tylko w końcu ujrzycie zapewne
Dwa chudobiątka, gorzkie łzy roniące,
Chlipiące śmiesznie, jak gdyby krzyczące
Wzrokiem spuszczonym: „O skonanie rzewne,
Któreś nam wzięło brata najmilszego!”
Zaprawdę mówię: jest im płakać czego!
Wiedzcie, to duchy, którym ojciec kona:
Piotra Płaskina i Izaka Kona.

Z tomu Wiersze nieznane (1991)


CZUWANIE

Spłynęła łaska z błękitów
Na czyjeś serce strwożone,
Na czyjeś serce przeczyste…

Czuwajmy… czuwajmy…

I dwa gołąbki białe
Pierzchły w różowość poranka,
Schyliły główki kwiateczki…

Czuwajmy… czuwajmy…

Jasność zalała serca,
Ktoś Dobry poszedł w pole
I czekał, długo czekał…

I my czekajmy… czuwajmy…

Z tomiku Juwenilia. 2 (1990)


***

W dzień mroźny, jasny, w piękny dzień świąteczny,
Gdy się ulica tłumami zaludnia,
Wstąpił w mą duszę wielki smęt odwieczny:
Liryzm – przedziwna Mistyka Płudnia.

Coś zapowiada się szybkim oddechem,
Wzruszeniem w sercu, drżeniem, niepkojem,
Coś dźwięczy cichym, starodawnym echem,
Krąży i wznosi się przypomnień rojem.

Oto jest chwila lirycznej zadumy
I powszechnego życia wszelkiej duszy:
Za chwilę Każdy (który tworzy tłumy),
W podróż ku sobie samemu wyruszy.

Z tomiku Juwenilia. 2 (1990)


EWA

Zaczęło się to dawno, dawno,
Najdawniej jak pamięć sięga,
Tam, skąd bierze początek
Rodzaju ludzkiego księga.
Pod modrym niebem, w cudnym ogrodzie,
Pod słynnym drzewem, w przewiewnym chłodzie,
Pierwszą wiosną, w pierwszym maju,
Zresztą każdy o tym wie:

Kiedy Adam mieszkał w raju
Bardzo często nudził się,
Spać tam było we zwyczaju,
Więc spoczywał w błogim śnie...

Dalszy ciąg każdy sam sobie dośpiewa.
Słowem: EWA.
I zaraz potem zerwała owoc z drzewa, co nęcił wonią
i blaskiem świecił. Ach, przypadła doń pożądliwymi usty:

Patrz Genezis, rozdział trzeci, ustęp szósty:
Widząc tedy niewiasta, iż dobre drzewo ku jedzeniu, a iż
było wdzięczne ust wejrzeniu a pożądliwe drzewo, dla
nabycia umiejętności wzięła z owocu jego i jadła, i dała
też mężowi swemu, który z nią był i on też jadł.

Od grzechu zaczął się jej świat,
A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza,
I gołąb i żmija, i piołun i miód,
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna,
Początek i koniec - kobieta, acha!

Luli, mój syneczku, luli, luli,
Matka cię do piersi tuli, tuli,
Choćbyś nawet cały świat przemierzył,
Choćbyś nawet bezmiar szczęścia przeżył,
Nikt ci nie zaśpiewa czulej: luli,
Luli, mój syneczku, luli, luli.

Lu ją w mordę, a co, psiamać,
To ty mi będziesz gościa brać!
A ja tu chodzę cały rok,
A ty przychodzisz, szarpana w bok,
I skandal robisz na cały róg,
Rozkwaszę mordę, skarz mnie Bóg!
Bujać mnie będzie! Ja ci pobujam!
Policja! Na pomoc! Gwałtu! Mordujom!

Gdyby nie ty, nie świeciłyby gwiazdy na niebie,
Gdyby nie ty, nie pachniałyby kwiaty na wiosnę,
A z moich ust wykwitają jedynie dla ciebie
Te słowa najsłodsze... miłosne.
Jeśli nie ty, nikt mnie inny w ramionach nie zawrze,
Jeśli nie ty, to kto spełni upojne me sny?
Przytul mnie, weź! Będę kochać jak nigdy, bo zawsze,
Bo wszystko na świecie - to Ty, to Ty!

Hallo? To ty, Stasiu? Będę mogła... Tak. Idzie. Ja też.
Co? Nie, nie! Nigdy przed północą nie wraca. Co? Ach, ty
świntuszku. No, dobrze, dobrze. Że co? Sumienie? No,
jeszcze trochę dokucza. Ja go doprawdy bardzo kochałam.
Zdawało mi się, że to moja pierwsza i ostatnia miłość.
Zdawało mi się, że gdyby nie on, nie świeciłyby gwiazdy
na niebie... Ale od czasu jak ciebie zobaczyłam, cicho...
Muszę przerwać rozmowę. Więc o siódmej. Całuję...

Od pokus i grzechów świata
W cichym zamknięta klasztorze
Ręce w modlitwie splatam,
Klęczę przed tobą w pokorze,
Umartwiam grzeszne ciało
Postem surowym i biciem,
Ale to wszystko mało
Przed twym obliczem.
Wczoraj ptak, zwiastun wiosny,
Wpadł do samotnej mej celi,
Niech mi wybaczą tę chwilę radości
Twoi anieli...

Chodzi o to, proszę pani, żeby sukienka była prosta,
najprostsza, ale szalenie dystyngowana. I ta dystynkcja
ma być właśnie w prostocie. Ta prostota w dystynkcji.
Chodzi o zwykłą, wizytową sukienkę. Z przodu zupełnie
gładko, tylko tutaj pani troszeczkę sfałduje, ale ledwo,
ledwo... Żeby było widać i jednocześnie żeby nie
było widać. Z boku pliska, tutaj zmarszczona, tutaj
podniesiona, tutaj opuszczona, tutaj fałda, tu rozcięta,
tu zamknięta, tu upięta: rękaw z pampelotką, tu mereżka,
tu walensjenka, tu guziczki, tu entliczki, tu pentliczki,
kołnierzyczek biały w ząbki, w trąbki, w pompki... Pani
wie. Jak najprościej, a co do tej wstążeczki, to jest
w "Maison Chiffon" - sama kupię, a zresztą niech pani
kupi, metr: złoty dziewięćdziesiąt...

91, 92, 93, 94, 95, 96... Tętno 96, no to już lepiej...
A temperatura? Sama zobaczę: 38,8. Świetnie. Wczoraj
o tej porze było blisko 40. Wszystko będzie dobrze,
droga pani, niech pani nie płacze.... A teraz proszę wziąć
lekarstwo i spać... spać.

Prężąc biodra i piersi bezwstydnie,
Błyskiem oczu noc ciemną rozwidnię,
I upałem rozkosznej pieszczoty
Wzniecę pożar czerwony we krwi.
Ośmiornicą oplotę kochanka,
Tajemnicą upoję do ranka,
Kto raz wpadnie w te straszne oploty,
W tym się żądza na zawsze tli.

A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza...
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna,
Początek i koniec - kobieta - to ja.

Z tomu Dzieła (1958)


***

Codziennie, kiedy zmierzch zapada,
Kiedy mi łzami wzrok przyprószy,
Jakaś tajemna przy mnie siada
Cicha stefania mojej duszy.

Znam ją tak dobrze, chociaż nie wiem,
Kto ona, skąd i co tu czyni…
Coś muśnie, niby skrzydłem mewiem…
Coś przyjdzie cicho, jak bogini…

Jest to uczucie całkiem nowe;
Coś, co się słowom nie poddaje…
…W czyjeś ramiona tulę głowę,
Lecz w czyje – nie wiem… Nie poznaję…

To coś bliskiego…coś, co było…
Coś, co mi duszę miękko koi…
Coś, co się kiedyś, dawno śniło:
Jakaś stefania duszy mojej…

Przyjdzie… skroń dłonią lekko ruszy,
Da smutek słodki sercu memu…
„Cicha stefania mojej duszy”,
Tak to nazwałem. Nie wiem czemu…

    23 XII [1913]

Z tomiku Juwenilia. 2 (1990)


UNE VISITE FORTE INTERESSANTE

       St. M.

Miałaś przyjść. I czekałem, drżąc cały.
Wieczór był. Było cicho jak we śnie.
Dzwonił deszcz. Smutne szyby płakały.
Ósma już. Nie – dopiero. Za wcześnie.

Wyjrzeć? Nie. Ale może… - Wyjrzałem:
Pusto. Mrok. Przejmujący wiatr zawiał.
Jeszcze czas. Znów na zegar spojrzałem.
„Tik-tik-tak” – zegar ze mną rozmawiał.

Puka ktoś. (Serce słodko zamiera…)
Idę. Drżę. Drzwi otwieram w radości - -
„Czy mieszkanie Gotfryda Mullera?
- Nie, nie tutaj. „Adieu”. (- A złam kości!)

Wracam zły. Pokój cichy… bezgłośny…
Zegar – łotr! Pięć po ósmej! – Usiadłem.
Wstaję. Drżę. Patrzę w okno. Nieznośny
Chlapie deszcz. Staję znów. Przed zwierciadłem.

Boże mój! – Zresztą nic. – Papierosa
Czternastego zapalam. Z tuberoz
Płatek zrywam. Coś gwiżdżę… Bezgłosa
Cisza znów… - Psiakrew, zgasł mi papieros!

Później – łzy. Później wielka tęsknota.
Potem szał, potem chciwa namiętność!
I znów żal… I trapiąca zgryzota…
Tik-tik-tak… Przeszło już… Obojętność.

Potem sen. Śniłem cicho: o drzewach.
Zapach lip. Inowłodzka aleja.
Złoty zmierzch, w półbłękitnych rozwiewach
Cicha dal… Jakaś smętna nadzieja…

Nagle – ty!! Taka wonna i biała…
Oczy twe… Moja… moja bezkreśnie!
- Miałaś przyjść i nadeszłaś drżąc cała.
Wieczór był… Było cicho jak we śnie.

Już dawno temu
(zapisane 22 XII [1913])

Z tomiku Juwenilia. 2 (1990)


Partnerzy



Partnerzy - zgłoszenie

Jeśli chcesz dołączyć do Kampanii "Łódzkie czyta" i uzyskać status Partnera skorzystaj z formularza zgłoszeniowego. Przed wysłaniem zgłoszenia prosimy zapoznać się z zasadami udziału partnerów.